Ach brudy, brudy, brudy

W temacie, który teraz staje sie znów aktualny, wszystko co można było napisał już Janusz Głowacki w:

Glowacki_h7_medium

Polecam, bo mimo że w teorii to stetryczałe kwestie narodowo-patriotyczne, to jest to napisane z takim dystansem – czasu i ironii – że wciąga, a i kilka razy nawet się uśmiechnąłem.

A poniżej – i na tę sprawę istnieje odpowiedni KOL:

1050

Geniusz Olgi Lipińskiej, ponadczasowość i prostota. Piosenka „Amen i Okej” to fraktalne streszczenie historii Polski. Oczywiście to streszczenie uproszczone i przez to trochę nazbyt spiskowe, ale i tak pouczające. Piszę „fraktalne”, bo dla mnie opisuje jednocześnie i ostatnie 1050 lat i ostatnie 25 lat, w czasie których kościołowi i dużemu biznesowi było tu dobrze jak mało gdzie. Ale i ma sens w kontekście ostatnich dni, w których PiS (Amen) i Nowoczesna (Okej) razem stają w obronie TTIP.

Pojedynek na memy

Poprzedni wpis z argumentami obu stron super-sporu może być odebrany jako optymistyczny w swojej wymowie. W tym sensie, że skoro przedstawiam odpowiadające sobie argumenty, to dlatego, że wierzę w możliwość przekonania (teraz lub za kilka lat) przedstawicieli drugiej strony.

Otóż generalnie nie wierzę.

Mój pesymizm bierze się nie z przekonania o zasadniczych różnicach w sposobie myślenia my-oni (czasami występują, ale często to złudzenia) tylko z zasady działania mediów internetowych i stojących za nimi nowych modeli biznesowych. Prowadzi ona do powstawania dwóch zjawisk:

  • spadku jakości dziennikarstwa (w tym śledczego, co ważne) spowodowanego łatwością kopiowania cyfrowych treści (po co wypracowywać treści skoro można je efektywnie kopiować od konkurencji?)
  • bąbli informacyjnych.

Jak się to przekłada na super-spór? Mamy z grubsza chyba trzy, powiedzmy, hiperbąble informacyjne (formacyjne):

  • „przemysłu nienawiści” (mainstreamowa prasa, telewizja i niektóre portale, głównie te związane z prasą/telewizją),
  • „niepokornych” (np. Salon24, prawicowe profile i grupy fejsbukowe, TV Republika)
  • i kwejkowo-społecznościowo-onetowo-plotkarsko-jajcarski (cała reszta kotków z internetu).

Wejście do pierwszego bąbelka tradycyjnie odbywało się przez nabranie pewnych nawyków np. kupowania w kiosku prasy, oglądania telewizyjnych kanałów informacyjnych (czy telewizji jako takiej) lub po prostu nawyków czytelniczych. Nie mam na to liczb, ale myślę, że robią to już głównie starzy (35+) siłą inercji. Nie ma napływu świeżej krwi do pierwszego bąbelka, bo to wymaga regularnego wysiłku. Dzięki mediom społecznościowym wskoczenie do pozostałych bąbelków jest dla młodych łatwiejsze. Z bąbelka do bąbelka przeskoczyć trudno. Nie jest już tak, że o 19:30 całe rodziny oglądają wiadomości w telewizji i nawet jak ktoś się z czymś nie zgadza, to jest wspólny język do kłótni – powiedzmy „narracja zero”. Teraz nawet nie ma jak się kłócić. Nie tylko opinie i interpretacje są skrajnie różne, również bazy wiedzy są zupełnie inne.

Za cztery lata, w czasie następnych wyborów, będzie już tylko gorzej – zarówno z kontrolną, jak i właśnie z socjalizującą (uspołeczniającą) rolą mediów. Dlatego się nie dogadamy.

A wygra je ten, kto wygra pojedynek na memy.

Czy demokracji trzeba bronić? 8 argumentów

Żyjemy w tzw. ciekawych czasach. Od kilku tygodni nawet ci, co normalnie deklarują twarde polityczne désintéressement, chętnie wciągają się w dyskusje o państwie i demokracji. Padają różne argumenty, z których wiele jest argumentami przeciw konieczności obrony demokracji, słowem czy czynem. Ten tekst jest subiektywnym zestawieniem najczęściej padających argumentów tego typu oraz odpowiadających im argumentów za tym, że jednak jest przeciwnie – i dzisiaj demokracja wymaga obrony jak nigdy w ciągu ostatnich 25 lat.

Do odpowiednich podpunktów (jak w debacie naukowców z „Kongresu Futurologicznego”) można odsyłać wszystkie ciotki z imienin, kolegów ze studiów, dziadków z internetu, tak aby dyskusja mogła od razu wskakiwać na ciekawszy, mniej oczywisty poziom, lub żeby w zgrabny sposób móc ją uciąć.

1. Nie protestuję, bo przecież nic strasznego jeszcze się nie dzieje, nie możemy się od razu „wyprztykać” z mocnych słów, tu nie Białoruś, no nie histeryzujcie…
[argumentum ad hysteriam]

Demokracja umożliwia głoszenie poglądów a nawet – do pewnego stopnia – podejmowanie działań, które są wymierzone w nią samą. Nie jest systemem w naturalny sposób stabilnym, jest nieustannie narażona z różnych stron na obalenie. Nie jest dana raz na zawsze, z faktu, że funkcjonowała w Polsce przez ostatnie 25 lat, nie wynika, że na pewno będzie funkcjonowała przez kolejne 25 lat. Historia pokazuje, że ograniczenie demokracji, zwłaszcza w naszej części świata, często bywało realizowane stopniowo, a po przekroczeniu pewnego poziomu autorytatyzmu powrót do demokracji bywa niemożliwy przez lata.
Stabilność demokracji opiera się w dużym stopniu na wzajemnej kontroli instytucji władzy (checks and balances), w szczególności na kontrolnej roli „trzeciej władzy” (sądowniczej) oraz „czwartej władzy” (mediów) nad władzą wykonawczą i ustawodawczą. Ograniczenie efektywności kontrolnej roli Trybunału Konstytucyjnego wobec władzy ustawodawczej, próba paraliżu jego prac i podważenia autorytetu, a także próba uczynienia z mediów publicznych narzędzia propagandy rządu, zamiast narzędzia kontroli rządu, stanowią realne zagrożenie dla systemu demokratycznego. Podobnie jest z ustawą inwigilacyjną, która może służyć do szukania „haków” na przeciwników politycznych (do czego każda władza ma skłonności, a ta w szczególności, jak pamiętamy z lat 2005-2007) lub do wprowadzenia ogólnej atmosfery zastraszenia obywateli (na każdego zawsze coś sie znajdzie).

Oczywiście jest szansa, że nowa władza po prostu przegra kolejne demokratyczne wybory, wszystko rozejdzie się po kościach i demokracja przetrwa. Nie twierdzę nawet, że jest to pomijalnie mała szansa. Ale skoro w ciągu kilku miesięcy zaszła tak daleko, to nie można wykluczyć, że za kilka lat przy wsparciu mediów publicznych oraz ogólnym spadku znaczenia i jakości mediów tradycyjnych tylko się umocni. Lepiej dmuchać na zimne, zwłaszcza że mamy świeży węgierski i turecki przykład odchodzenia od demokracji liberalnej. Prezes partii rządzącej sam deklaruje, że chce się wzorować na Węgrzech i że nie podoba mu się obecny ustrój „III RP”.

2. Nie protestuję, bo obie strony są siebie warte. Poprzednia władza w ciągu ośmiu lat rządów nie zrealizowała X reform, a miało miejsce Y afer. I jakoś nikt nie protestował. Poza tym wybrali do Trybunału Konstytucyjnego dwóch sędziów niezgodnie z konstytucją, co potwierdził sam Trybunał Konstytucyjny.
[argument z panświnizmu]

Poprzednia władza uchwaliła ustawę częściowo niekonstytucyjną, trybunał ją w tej części zakwestionował – system zadziałał. Obecna władza chce ten system zdemontować.
Nawet jeżeli założyć, że wszystkie zarzuty wobec poprzedniej władzy byłyby prawdziwe, to nie są one logicznym argumentem za pozwoleniem na odchodzenie od demokracji. Wspierając demokrację wspieramy możliwość wolnego wyboru naszych reprezentantów w przyszłości w warunkach możliwie dużego dostepu do informacji i w miarę neutralnej ordynacji wyborczej, a nie tę czy inna partię opozycjną.

Jest jedna zasadnicza różnica między dawną władzą a obecną: dawna nie była eurosceptyczna, a obecna jest. Jej eurosceptycyzm może prowadzić do osłabienia związków z Zachodem, w tym wpływu zachodniej kultury politycznej opartej na demokracji liberalnej na instytucje państwa polskiego.

3. Władza ma przecież prawo wprowadzać swoje zmiany, taki był werdykt demokracji.
[argumentum ad populum]

To prawda, władza ma prawo do reformowania kraju, ale nie ma prawa demontować demokracji – łamać konstytucji.
Mimo że wiele propozycji reform wygląda na szkodliwe (np. w szkolnictwie: opóźnienie obowiązku szkolnego, propozycja likwidacji gimnazjów), to należy dać władzy pełne prawo do ich wprowadzania. Rzeczywiście nie należy wytaczać wtedy najcięższych dział służacych do obrony systemu jako takiego.
Byle robiła to w sposób cywilizowany – konsultując się z różnymi środowiskami i profesjonalistami, a nie alienowała się w sosie stałych doradców. I byle takie pozornie neutralne reformy nie były wstępem do ograniczania demokracji, np. zmiany w organizacji szkolnictwa jako uzasadnienie do napisania nowych programów nauczania, w których demokracja liberalna i społeczeństwo obywatelskie będzie zastąpione innymi wartościami np. narodowo-religijnymi. Innym przykładem quasi-reformy jest demontaż apolitycznej służby cywilnej, służący nie reformowaniu lecz zawłaszczeniu państwa.

Demokracja to rządy wiekszości, ale miarą dojrzałości demokracji jest jej stosunek do mniejszości.

4. Nie wiem kto organizuje manifestacje w obronie demokracji, pojawiły się zarzuty X i Y wobec organizatorów. A tak w ogóle to te manifestacje nic nie zmienią, a biorąc w nich udział można sobie tylko zaszkodzić gdy władza dociśnie śrubę.
[argument asekurancki]

Podobnych argumentów mogliby używać ludzie w latach ’70 i ’80 zastanawiając się czy poprzeć opozycję (czy w opozycji byli sami święci?). Gdyby tak myśleli nie osiągnięto by masy krytycznej „Solidarności”, dzięki której pewne zmiany były nieuchronne. Mniej ważne jaki cwaniak czy karierowicz przy okazji na tym skorzysta, bardziej istotne jest, że zwiększa się szansa na obronienie demokracji.

5. Manifestacje to tylko krzyk protestu środowiska, które nie może się pogodzić z utratą władzy i oderwaniem od koryta
[argumentum ad „korytum”]

Wśród masy obrońców demokracji rzeczywiście mogą znaleźć się ci, którym zależy jedynie na powrocie do władzy. Jednak gdy system demokratyczny zostanie obroniony, to ci ludzie i tak nie będą mieli gwarancji, że zostaną w przyszłości wybrani w wyborach. Wolne media będą miały możliwość informowania o tym, kto czym realnie się zasłużył.

Tym politykom może się wydawać, że wykorzystują obywateli broniących demokracji do swoich celów, ale to obywatele broniący demokracji korzystają na ich udziale by osiągnąć najistotniejszy cel.

6. Nie będę protestował, bo nie lubię manifestacji, tłumów, jestem indywidualistą
[argumentum ad hipsterum]

Ja też nie lubię, ale co zrobić. Manifestacja na fejsiku czy innym twitterze, wbrew obiegowym opiniom, nie ma takiego wpływu na opinię w kraju i na świecie jak to co się dzieje na ulicach.

7. Na ciężkie czasy „zderzenia cywilizacji” potrzebujemy rządów silnej ręki, trzeba przeboleć ograniczenie naszych wolności
[argumentum ad Putinum]

Na ciężkie czasy potrzeba rządów prawa, a nie silnej ręki. Potrzeba systemu, w którym funkcjonuje nie zasada odpowiedzialności zbiorowej (np. podejrzany jest każdy muzułmanin), tylko odpowiedzialności indywidualnej (złamanie prawa przez daną jednostkę oznacza nieuchronną karę). Zasada odpowiedzialności zbiorowej rodzi zawsze poczucie krzywdy i napięcia społeczne.
Rządy niedemokratyczne, aby utrzymać władzę, wzmacniają podziały, które im służą i które można rozgrywać (np. Żydzi u Gomułki, homoseksualiści u Putina, Zachód u ajatollachów). Taka polityka prowadzi do dalszej eskalacji agresji.

W samej Polsce nie ma problemu „zderzenia cywilizacji”. Istnieją jednak problemy globalne, do rozwiązania których Polska mogłaby się przyczynić, np. skoordynowana polityka wobec islamizmu, czy pomoc uchodźcom, którzy uciekają przed islamizmem i skutkami wojny. Ale do tego potrzeba rządu mającego autorytet w Europie, działającego zgodnie z normami przyjętymi w państwach demokratycznych, a nie izolowanego na arenie miedzynarodowej. Podobne, a może nawet jeszcze większe znaczenie ma ten problem w związku z polityką wobec Rosji.

8. To bieda, bezrobocie i brak nadziei na dobrobyt są głównymi problemami ludzi, a nie abstrakcyjne kwestie związane z ustrojem, trybunałem czy wolnością słowa.
[argumentum ad lazarum]

Akurat ten argument ma sens. Powiem więcej – obecne rządy to nie źródło problemu, lecz jedynie jego objaw. Nawet gdyby partia obecnie rządzaca i jej prezes nie istnieli, to sukcesy odnosiłaby partia podobna, albo nawet jeszcze bardziej radykalna, bo jest na nią „popyt”. A jest „popyt”, bo po 25 latach polska demokracja nie zapewnia wielu ludziom podstawowych warunków do życia: pracy (będącej źródłem utrzymania), sensownej płacy za tę pracę, stabilności zatrudnienia (umowy śmieciowe), mieszkania (brak budownictwa czynszowego). Nie zapewnia wszystkiego tego, co w takich krajach jak Austria, Niemcy czy kraje skandynawskie zapewniane jest od lat. Gdy nie ma nadziei na poprawę jakości życia, ludzie łatwiej dają się omamić ideologiom, prostym receptom i populistycznym obietnicom.
Nie oznacza to jednak, że należy obrazić się na demokrację i przestać jej bronić. Jak pokazuje doswiadczenie innych państw, tylko kraj demokratyczny ze społeczeństwem obywatelskim (pomijając specyficzne kraje o znacznych zasobach surowców naturalnych takie jak Arabia Saudyjska) jest w stanie efektywnie dostarczać biednym obywatelom narzędzia do życia i pracy w dobrobycie. W końcu wolność jest też wartością samą w sobie.